niedziela, 22 maja 2016

Malowane chaty w Zalipiu

Są takie miejsca w Polsce, które potrafią wprawić w osłupienie, wywołać szeroki uśmiech, zaskoczyć swą oryginalnością i pomysłowością. Takim miejscem okazała się wieś Zalipie, która słynie ze swych przepięknie malowanych chat. Zmierzając w te strony nie do końca wiedzieliśmy czego możemy się spodziewać. Na miejscu szybko przekonaliśmy się, że te wszystkie malowidła nie są czymś zwyczajnym, to najprawdziwsza w świecie sztuka, która przekazywana jest z pokolenia na pokolenie i którą koniecznie trzeba zobaczyć.


Byliśmy bardzo ciekawi skąd wziął się pomysł na dekorowanie domów w ten oto sposób. By poznać odpowiedź, musieliśmy przenieść się wyobraźnią na koniec XIX wieku, kiedy to w domach nie było pieców, tylko paleniska. Owe paleniska stały się głównym powodem całego zamieszania. Unoszący się nad nimi dym bezlitośnie smolił ściany i sufity każdego domostwa. Nie mogące tego znieść gospodynie próbowały ukryć te skazy bieląc ściany wapnem, z czasem zaczęły wykonywać proste malunki, które z każdym dniem coraz bardziej dojrzewały. Początkowo dekorowano tylko i wyłącznie wnętrza chałup, później te niezwykłe dekoracje zaczęły pojawiać się także na zewnętrznych ścianach budynków, obecnie malowidłami pokrywane jest niemal wszystko. Będąc tutaj natknęliśmy się na malowane budy dla psów, ule, ławki, studnie oraz koryta. Kwiatowych wzorów doszukaliśmy się także na zagrodzie dla kur, stodołach i innych pomieszczeniach gospodarczych. 

Budynek gospodarczy na prywatnej posesji
Buda dla pieska, w takiej budzie każdy pies musi być szczęśliwy
Mostek nad oczkiem wodnym

Po lewej wiatrak pomalowany przez 12-latka

By poznać bliżej historię malowanych chat warto w pierwszej kolejności wybrać się do Zagrody Felicji Curyłowej. Felicja Curyłowa była jedną z najbardziej znanych zalipiańskich malarek. Swój pierwszy malunek, na suficie w sieni, wykonała mając zaledwie 12 lat. Po jej śmierci, dom w którym mieszkała, został odkupiony przez Cepelię i oddany pod opiekę Muzeum Etnograficznego w Tarnowie. Dom został udostępniony dla zwiedzających i muszę przyznać, że jest naprawdę niezwykły. Nas najbardziej oczarował wspaniale udekorowany piec oraz przepiękne kwieciste wzory na ścianach. 

Sufit w sieni udekorowany przez 12-letnią Felicję Curyłową
Wnętrze domu Felicji Curyłowej




Tuż obok domu Felicji Curyłowej znajduje się kolejna chata, pokryta strzechą, która także została udekorowana kolorowymi kwiatami. Wewnątrz można zobaczyć jak wyglądały takie domostwa, zamiast podłogi jest tylko klepisko, a ściany są bielone wapnem. 






Na przeciwko Zagrody Curyłowej znajduje się prywatna posiadłość obok której nie można przejść obojętnie. Pięknie dekorowana szopa, domek oraz studnia, od razu przykuwają uwagę.

Na prywatnej posesji
Gdy opuściliśmy to miejsce, pojechaliśmy do Domu Malarek, w którym działa fantastyczny sklepik z pamiątkami, z którego nie da się wyjść z pustymi rękami :-) W Domu Malarek mieści się także pracownia, w której wykonywane są pamiątki z zalipiańskimi wzorami. Nam udało się spotkać jedną z takich pań, która mimo że było sobotnie popołudnie, z zaangażowaniem dekorowała drewnianą tacę. Dzięki temu spotkaniu dowiedzieliśmy się jak wyglądają poszczególne etapy pracy. Najpierw malarki malują kształty kwiatów, następnie malują listki, w dalszej kolejności przystępują do konturowania oraz cieniowania, a na sam koniec bielą odpowiednie miejsca. Praca wymaga niezwykłej precyzji i wysoko rozwiniętego zmysłu artystycznego. To była przyjemność przyglądać się pracy zalipiańskiej malarki, pani mimo młodego wieku naprawdę ma niezwykły talent. 

W Domu Malarek









Otoczenie Domu Malarek okazało się równie przyjemne jak jego wnętrze. Już na dzień dobry naszą uwagę zwrócił udekorowany płot  i drewniana altana. Gdy weszliśmy w głąb ogrodu odkryliśmy malowane drzewa, ławy oraz cudownie pomalowaną studnię, gdzie nie pominięto nawet wiadra.







Następnie udaliśmy na spacer po wsi podczas którego natrafiliśmy na opuszczoną, drewnianą chatę z niebieskimi okiennicami. Domek był tak uroczy, że zatrzymaliśmy się przy nim na chwilę i przyjrzeliśmy się dokładnie wszystkim namalowanym kwiatom. 







Spacerując po Zalipiu dotarliśmy także pod budynek Straży Pożarnej, który również może pochwalić się kwiecistymi wzorami, a następnie do kościoła, który z zewnątrz wygląda zupełnie zwyczajnie, za to w środku zachwyca swoimi malunkami. 






W Zalipiu znajduje się około 80 domostw, które mogą pochwalić się takimi kwiatowymi zdobieniami. By móc zobaczyć większość z nich, trzeba odejść od głównej ulicy, gdyż znajdują się one na uboczu. Nam udało się zobaczyć zaledwie kilka, ale i tak uważamy, że było to coś wspaniałego. Niesamowite jest, że mieszkańcy z takim zaangażowaniem wykonują swoje dzieła sztuki i przekazują ten fach z pokolenia na pokolenie. Podczas rozmowy z jedną z mieszkanek wsi dowiedzieliśmy się, że większość malowideł, które ujrzeliśmy na jej podwórku zostało wykonanych przez jej 14 letniego syna. Chłopiec ma naprawdę niezwykły talent i to jest w tym wszystkim najfajniejsze.

Cenne wskazówki:
* wieś Zalipie znajduje się około 90 km od Krakowa
* w Domu Malarek znajduje się sklepik z pamiątkami, w którym można płacić tylko gotówką
* Zagroda Felicji Curyłowej jest udostępniana zwiedzającym odpłatnie, za bilety można zapłacić tylko gotówką
* przyjeżdżając do Zalipia warto ze sobą zabrać rower i po wsi poruszać się w taki właśnie sposób

wtorek, 10 maja 2016

Bieszczady z dzieckiem- Mała Rawka, Wielka Rawka oraz Krzemieniec

Bieszczadzkich opowieści część ostatnia :-) Na sam koniec zostawiłam sobie szlak, który zdecydowanie najbardziej nam się spodobał. Mowa tu o szlaku wiodącym na Krzemieniec (Kremenaros), przez Małą i Wielką Rawkę. Czym ta trasa zasłużyła sobie na miano tej naj? A tym, że obfitowała ona w zwalające z nóg widoki, które otaczały nas z każdej strony. Była to nasza najdłuższa wędrówka po Biesach i chyba najbardziej forsująca, zwłaszcza podczas podejścia na Małą Rawkę. Jednak wszelkie trudy zostały nam wynagrodzone i to z nawiązką. 

W drodze pomiędzy Małą a Wielką Rawką
Początek naszego szlaku miał miejsce na Przełęczy Wyżniańskiej, z której za zielonymi znakami ruszyliśmy w stronę schroniska "Pod Małą Rawką". Już na starcie zaczęło się robić widokowo, później było tylko lepiej. Pod schroniskiem nie zabawiliśmy zbyt długo, weszliśmy tylko na chwilę, by wbić pieczątkę do książeczki GOT. Tak, tak, wędrując z młodą po górach, książeczka GOT to podstawa, Wiki uwielbia zdobywać nowe pieczątki, więc zawsze mamy ją przy sobie. 

Widoki z Przełęczy Wyżniańskiej
Droga wiodąca pod schronisko "Pod Małą Rawką"
Połonina Wetlińska
Podejście na Małą Rawkę szybko dało nam o sobie znać, jeśli wcześniej, chociaż przez chwilę, wydawało nam się, że bieszczadzkie szlaki potrafią być męczące, to dopiero tutaj zrozumieliśmy co to jest zmęczenie ;-) Nasza ścieżka pięła się ostro pod górę, nie dając nam wytchnienia. Towarzystwa dotrzymywał nam potok Prowcza, który dużą kaskadą spadał w dół, skutecznie zagłuszając wszystkie brzydkie myśli jakie pojawiły się w naszych głowach ;-)

Podejście na Małą Rawkę

Potok Prowcza
Gdy wreszcie wyszliśmy poza granicę lasu naszym oczom ukazał się przepiękny widok na Połoninę Caryńską. Nasz pierwszy cel, Mała Rawka, był już w zasięgu ręki. 


Połonina Caryńska


Gdy znaleźliśmy się na szczycie z wrażenia opadły nam szczęki. Otaczająca nas panorama była tak zniewalająca, że aż trudno nam było uwierzyć w to co widzimy. W tym właśnie momencie nasza miłość do Bieszczad i miłość do gór, zostały przypieczętowane. Ku naszej ogromniej radości, prócz nas, na Małej Rawce nie było nikogo, to się nazywa mieć szczęście...

Mała Rawka zdobyta


Przed nami była jeszcze długa droga, więc po 15- minutowej przerwie ruszyliśmy dalej, w stronę Wielkiej Rawki. Odcinek ten był jednak niezwykle przyjemny, więc nigdzie się nie spieszyliśmy. Co chwilę zatrzymywaliśmy się, by móc podziwiać otaczające nas widoki. 

W drodze na Wielką Rawkę





Szczyt Małej Rawki


Na Wielkiej Rawce było już zdecydowanie bardziej tłumnie, ale i tak przebywających tam turystów można było policzyć na palcach. Przed nami otworzyły się malownicze widoki na ukraińską część Bieszczadów. W tym miejscu naprawdę poczuliśmy się wolni, dzikość i tajemniczość tego regionu była tuż przed naszym nosem. 

Wielka Rawka


Zachłyśnięci i oszołomieni otaczającym nas pejzażem ruszyliśmy dalej, naszym ostatnim celem był Krzemieniec (Kremenaros), miejsce wyjątkowe, bo to właśnie tutaj spotykają się granice trzech państw, Polski, Słowacji i Ukrainy. Dla Wiki było to olbrzymie wydarzenie, bo jak często się zdarza być w trzech państwach jednocześnie :-) ? Przez całą drogę na Krzemieniec szliśmy wzdłuż granicy polsko- ukraińskiej, biało- czerwone i niebiesko- żółte słupki przypominały nam o tym co kilka metrów. 


Na Krzemieńcu oczywiście nie mogło zabraknąć rodzinnej fotografii, na trójstyku granic, każdy z nas w innym kraju ;-) Sam szczyt pozbawiony jest widoków, otoczony drzewami, dlatego też nie zostaliśmy tutaj zbyt długo, woleliśmy wrócić na Wielką Rawkę. 



Powrót, mimo że znów przyszło nam się wspinać, minął nam bardzo przyjemnie. Od takich widoków trudno jest oderwać oczy, więc nasza uwaga skupiła się przede wszystkim na tym.



Gdy znaleźliśmy się ponownie na Wielkiej Rawce, błękit nieba skrył się za ciemnymi chmurami, których z minuty na minutę było coraz więcej.  To przekonało nas do tego, że czas wracać. Obraliśmy taką samą drogę, czyli z Wielkiej Rawki na Małą Rawkę, a stamtąd znów znaleźliśmy się na Przełęczy Wyżniańskiej. 








Bieszczady oczarowały nas swoją dzikością, pustkami na szlakach (tak, to jest jeszcze możliwe) oraz przepięknymi widokami. Nasza gospodyni powiedziała, że ten kto przyjechał w Bieszczady, albo tutaj zamieszka, albo będzie wracać i zdecydowanie coś w tym jest :-) My sami, jeszcze stamtąd nie wyjechaliśmy, a już zaczęliśmy planować kolejny wypad.

Cenne wskazówki:
* podejście na Małą Rawkę od strony Przełęczy Wyżniańskiej nie jest trudne, ale bardzo męczące, szlak ostro pnie się pod górę
* czas przejścia w obie strony zajął nam około 8 godzin z uwzględniem postojów
* u podnóża Małej Rawki znajduje się schronisko
* szlak pomiędzy Małą Rawką, a Wielką Rawką jest bardzo łatwy i niewymagający, prowadzi grzbietem, w razie załamania pogody nie ma gdzie się skryć
* na Krzemieńcu spotykają się trzy granice państw: Polski, Słowacji i Ukrainy
* szlak pomiędzy Wielką Rawką, a Krzemieńcem także jest bardzo łatwy, gdyż schodzi się z góry (potem trzeba znów się na nią wdrapać, jeśli wracamy tą samą drogą)
* z Małej Rawki oraz z Wielkiej Rawki roztacza się niesamowita panorama

Pozostałe bieszczadzkie wpisy: