środa, 22 kwietnia 2015

Najważniejsza podróż życia...

Dziś będzie trochę prywaty, nie będę pisać o podróżach w dosłownym tego słowa znaczeniu, a napiszę coś o najmłodszym członku naszej ekipy podróżniczej, czyli o naszej córeczce. Dlaczego wpadłam na taki pomysł? A to dlatego, że nasza dziewczynka kończy dziś 4 latka i jak to bywa, już czwarty rok z rzędu, w ten dzień dopada mnie mega nostalgiczny nastrój.
Nim dziecko pojawi się na świecie, nim w ogóle przyjdzie nam do głowy pomysł powiększenia rodziny, jesteśmy tylko my, we dwójkę, nasze życie wydaje się po prostu idealne, swoboda działania, spontaniczność decyzji jest niezwykle fascynująca, wiemy że możemy się znaleźć wszędzie gdzie będziemy tylko chcieli. Nie wyobrażamy sobie, że może być lepiej, nic przecież nie jest w stanie przebić naszego cudownego stylu życia. Los bywa jednak przewrotny, gdy wydaje nam się że mamy wszystko nagle budzi się w nas poczucie, że czegoś nam brakuje, próbujemy zidentyfikować co to może być, może to trwać wiele dni, miesięcy, a nawet lat. Do naszej głowy wciąż powraca to samo pytanie i zadręcza nas nieustannie, aż pięknego dnia budzimy się rano i już wiemy czego potrzebujemy do pełni szczęścia. Sami jesteśmy zaskoczeni rozwiązaniem tej dręczącej nas od dłuższego czasu zagadki, kto by pomyślał, że tupot małych stóp, radosny dziecięcy śmiech, najcudowniejsze buziaki pod słońcem są tym czego poszukujemy. 
Decyzja zapada, chcemy być rodzicami, testy betaHCG potwierdzają radosną nowinę, wraz z nią nachodzi nas miks przeróżnych uczuć oraz miliardy pytań, na które ciężko nam było znaleźć odpowiedź. Zdajemy sobie sprawę, że przed nami najważniejsza podróż życia i to taka podczas której na pewno spotka nas wiele niespodzianek, nieoczekiwanych zwrotów akcji, ale także najpiękniejszych, najwspanialszych momentów trudnych do wyrażenia słowami.


Po 9 miesiącach przygotowań, wreszcie nadchodzi ten dzień, 22 kwietnia 2011 roku. O godzinie 6:10 na świat przyszła nasza mała, ukochana, ciekawska istotka, która otrzymała piękne imię Wiktoria. Jej bujna, ciemna czupryna, piękne, niebieskie oczy w których od razu utonęliśmy, małe rączki i stópki spowodowały, że odnaleźliśmy swoje miejsce na ziemi. Nasza bezwarunkowa miłość, którą Wiktoria otrzymała od nas jeszcze na długo przed narodzinami, umocniła się na sile i umacnia z każdy dniem. Dziś gdy mijają cztery lata z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że mamy ogromne szczęście, dzięki naszej córce przeżywamy najcudowniejszą przygodę. Nie ma nic wspanialszego od jej radosnego śmiechu, który sięga głęboko w oczy, wspaniale jest usłyszeć, że jest się najwspanialszą mamą pod słońcem i najwspanialszym tatą pod księżycem. Pierwszy uśmiech, buziak, pierwsze mamo, kocham Cię zawsze będą w naszej pamięci i te wspomnienia nigdy nie wyblakną. Nasze dziecko to sens naszego istnienia. Nie tęsknimy ani trochę za latami kiedy jej nie było obok nas, wręcz przeciwnie, teraz mamy wszystko czego potrzebujemy. Spontaniczność, choć bardziej wyważona, nadal jest możliwa, wciąż możemy znaleźć się wszędzie gdzie tylko chcemy, tylko tym razem nie we dwoje, a w trójkę :-) Jak Trzej Muszkieterowie podbijamy świat, a każdy dzień jest radosny i wesoły.


Nasza córeczka to nasza bohaterka, każdego dnia zaskakuje nas swoją ciekawością, niespożytą i szybko regenerującą się energią, potrzebą poznawania nowych rzeczy. To najlepszy towarzysz podróży, czasem marudny, ale i tak najlepszy. Każda wycieczka, nawet ta najbliższa, nabrała nowego znaczenia, uwielbiamy pokazywać świat tej naszej małej istotce i ona uwielbia gdy my to robimy. Cieszymy się, że pasja do podróżowania, miłość do gór jest dla niej czymś naturalnym, cudnie jest patrzeć na nią, gdy siedzi z wielkim atlasem na kolanach i szuka na mapie Londynu, Aten czy Rzymu, uwielbiam jej błysk w oku gdy właśnie się dowiaduje, że gdzieś się wybieramy.
Bycie rodzicem to coś czego nie oddałabym, nawet gdyby ktoś zaproponował mi podróż po księżycu, bo cóż by to była za podróż gdyby Wiki nie było ze mną...




2 komentarze: