czwartek, 9 lipca 2015

Nasze wielkie tureckie wakacje cz. III- Kapadocja

Dawno, dawno temu w środkowej Turcji doszło do potężnych erupcji wulkanów, za sprawą których najbliższa okolica  pokryła się gęstą warstwą gorącej lawy i popiołów wulkanicznych. Na przełomie wieków miękki tuf poddawany był procesom erozji, wiatr i woda chętnie wdzierały się w każdą powstałą szczelinę tworząc fantazyjne, przepiękne formy skalne. Również człowiek, wykorzystując wyjątkową plastyczność tufu, wyraźnie zaznaczył tu swoją obecność, tworząc podziemne miasta oraz kościółki w skale. Kapadocja, bo o niej mowa stała się symbolem Anatolii i każdego dnia zachwyca tysiące turystów swoimi księżycowymi krajobrazami, oczarowała także mnie, choć spędziłam tam zaledwie dwa dni.



Decydując się na Riwierę Turecką od razu wiedziałam, że za żadne skarby nie odpuszczę wycieczki po Kapadocji i lotu balonem nad tą przepiękną krainą. Wiedziałam też, że ta dwudniowa wyprawa, podczas której zrobiliśmy około 1200 kilometrów, spędzona głównie w autokarze, będzie zbyt męcząca dla naszej żywiołowej córki, dlatego też postanowiliśmy, że wybiorę się na nią sama. Długo przegrzebywałam internet w poszukiwaniu ciekawej oferty i w końcu zdecydowałam się skorzystać z usług Alanya Online, wybór tego biura był strzałem w 10, profesjonalna obsługa, kompetentna pilotka uczyniły mój wyjazd bardzo udanym.
Jak to bywa podczas takich wycieczek, w dzień wyjazdu czekała mnie bardzo wczesna pobudka, gdy tylko zajęłam miejsce w autokarze poczułam dreszczyk emocji związany z nadchodzącą przygodą, a więc startujemy...


Pierwsze widoki mogliśmy podziwiać jedynie przez okno, a było na co popatrzeć, gdyż nasza trasa wiodła przez góry Taurus, ilość zakrętów i przepaści dodawała pikanterii temu przejazdowi. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze i udało nam się dotrzeć do pierwszego punktu z naszego programu, czyli miejscowości Konya, w której znajduje się mauzoleum Mevlany. Mevlana był jednym z największych nauczycieli duchowych islamu, a także twórcą Zakonu Wirujących Derwiszy. Skąd ta nietypowa nazwa zakonu? A stąd, że mewlewici w bardzo charakterystyczny sposób oddają cześć Allahowi, poprzez wirowy taniec i muzykę wprowadzają swój umysł w pewnego rodzaju trans, dzięki któremu mogą być jeszcze bliżej boga. W Mauzoleum Mevlany, prócz jego grobu, znajduje się także szkatułka z włosami z brody Mahometa, dlatego też do Konyi przybywają liczne pielgrzymki, by zobaczyć tą jakże ważną dla nich relikwię.

Mauzoleum Mevlany





Szkatułka z włosami z brody Mahometa

Po opuszczeniu tego świętego dla muzułmanów miejsca ruszyliśmy w dalszą drogę. Kolejnym naszym celem był XIII-wieczny karawanseraj Sultanhani, który został zbudowany przy Szlaku Jedwabnym, zapewniał on wędrującym kupcom chwilę wytchnienia, a w sytuacji zagrożenia pełnił także funkcję obronną.

Karawanseraj Sultanhani
Nasza podróż wciąż obfitowała w przepiękne krajobrazy, ja jednak nie mogłam doczekać się tych najpiękniejszych, które miałam nadzieję zobaczyć już w samej Kapadocji.

Gdzieś w drodze...

Wreszcie się doczekałam i oczywiście to co ujrzałam spotkało się z wielkim WOW, a potem tych WOW było coraz więcej i więcej, z każdą minutą byłam coraz bardziej zachwycona i oczarowana.

Pierwsze kapadockie widoki jeszcze z autokaru


Pierwszym miejscem, do którego udaliśmy się w tej malowniczej krainie, był Park Narodowy Goreme, który znajduje się na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO od 1985 roku. W tym muzeum na świeżym powietrzu podziwiać można dobrze zachowane, skalne kościółki oraz kapliczki chrześcijańskie. Uważa się, że pierwsze świątynie powstały w tym miejscu około IV wieku naszej ery. Do tych najpiękniejszych zaliczyć można Kościółek Ciemny, Jabłkowy, Wężowy, Sandałowy oraz Św. Barbary. Prócz kościółków możemy zajrzeć także do zespołu klasztornego, w którym znajdują się między innymi jadalne ławy, które  mogły pomieścić kilkanaście osób. Muzeum wywarło na mnie niesamowite wrażenie i uważam to miejsce za punkt obowiązkowy podczas pobytu w Kapadocji.

Muzeum Goreme

Jeden z kościółków

Widoki z Muzeum Goreme


Klasztor Panien
Gdy opuściłam teren Parku, za radą naszej pilotki, udałam się na najlepsze pod słońcem lody z mleka koziego. Trzeba przyznać, że ich bardzo gęsta konsystencja była dla mnie dużym zaskoczeniem, a lód smakował wręcz wybornie.


Następnie udaliśmy się do Doliny Mnichów, zwanej także Kominami Św. Szymona, w której z rozdziawioną buzią podziwiałam kamienne formacje. Patrząc na nie aż trudno uwierzyć, że człowiek nie ma z tym nic wspólnego, że to wszystko stworzyła matka natura. Dolina Mnichów cieszy się olbrzymią popularnością nie tylko wśród turystów, ale także u lokalnych mieszkańców, którzy jej piękno wykorzystują do romantycznych sesji zdjęciowych.

Dolina Mnichów


Po prawej Trzy Piękności
Pierwszego dnia udało nam się dotrzeć również w okolice Trzech Piękności, a także do Doliny Wyobraźni, której nazwa wzięła się oczywiście stąd, że ile par oczu, tyle różnych spojrzeń na to co się widzi. Najbardziej jej znaną formą skalną jest ta przypominająca wielbłąda. Z racji tego, że wielbłąd był często niepokojony przez licznych turystów, został on zabezpieczony drewnianym płotkiem i można mu się przyglądać jedynie z daleka. Po bardzo intensywnym dniu udaliśmy się wreszcie na zasłużony odpoczynek do hotelu w samym sercu Kapadocji, by nabrać sił przed kolejnym pełnym wrażeń dniem.

W Dolinie Wyobraźni

Dzień następny miał być mega wyjątkowy i niepowtarzalny, a to dlatego, że miałam odbyć swój wymarzony lot balonem. Mimo, że musiałam wstać o 3:30 nad ranem, zrobiłam to bez najmniejszego problemu i tuż przed 4 stawiłam się w recepcji. Jakie było moje olbrzymie zdziwienie gdy zobaczyłam, że na zewnątrz leje jak z cebra, całą noc przespałam w błogiej nieświadomości tego co się dzieje. Mój lot stanął pod wielkim znakiem zapytania, mimo tego firma baloniarska przyjechała po mnie i kilku innych uczestników o czasie i zawiozła nas na miejsce zbiórki. Tam czekaliśmy aż do 6 rano na zgodę na start, niestety mimo, że deszcz przestał padać, wszystkie loty balonem zostały odwołane, a my z uczuciem ogromnego rozczarowania zostaliśmy odwiezieni do hotelu. No cóż, bywa i tak, na pewne rzeczy nie mamy wpływu, nie chcąc zepsuć sobie reszty wyjazdu postanowiłam się tym nie przejmować, może jeszcze kiedyś nadarzy się okazja. Piękna tęcza za oknem trochę poprawiła mi humor, a po pysznym śniadaniu znów pełna nadziei czekałam na kontynuację naszej wycieczki.

W oczekiwaniu na lot balonem...
Nasza ekipa baloniarska

Na początek drugiego dnia ruszyliśmy pod Twierdzę Uchisar, która jest najwyższym punktem widokowym w Kapadocji, z jej szczytu można podziwiać cudowną panoramę na Goreme, a tuż obok niej dostrzegłam ślicznie udekorowane, oczami proroka, drzewko szczęścia, które od razu wywołało uśmiech na mojej twarzy.

Twierdza Uchisar

Dolina Księżycowa
Kolejnym naszym celem był inny punkt widokowy zwany "O agacin alti", który ma do zaoferowania niesamowicie malownicze krajobrazy i kolejne piękne drzewka szczęścia.

O agacin alti

A jednak jakiś lot balonem się odbył...
Ostatnim punktem widokowym była Dolina Gołębi, gdzie w oczy od razu rzuciły mi się liczne pozostałości po gołębnikach. Powstały one za czasów gdy okoliczni mieszkańcy masowo hodowali gołębie, obecnie są jedną z ciekawszych atrakcji tego regionu.

Dolina Gołębi


Nasza wyprawa po Kapadocji powoli dobiegała końca, czas było udać się w drogę powrotną, nim ostatecznie wyruszyliśmy na trasę, zatrzymaliśmy się jeszcze w miejscowości Saratli, gdzie trafiliśmy do podziemnego miasteczka. Miasto to składa się z siedmiu poziomów, z których tylko trzy są dostępne dla zwiedzających. Po raz kolejny w ciągu tych dwóch dni szczena opadła mi do samej podłogi, spacerując po wąskich korytarzach, przechodząc z jednego pomieszczenia do drugiego wciąż nie mogłam wyjść z podziwu, że to wszystko zrobił człowiek przy użyciu tylko i wyłącznie prostych narzędzi. Nie mogłam nadziwić się także temu jak wiele praktycznych i logicznych rozwiązań zostało tutaj zastosowanych, a wszystko po to by życie pod ziemią było łatwiejsze do zniesienia. Pobyt w podziemnym mieście był naprawdę fascynujący i cieszę się, że miałam okazję zobaczyć to na własne oczy.

Podziemne miasteczko Saratli

Przekupki i ich ręcznie robione lalki
W tle częściowo ukryty wulkan Hasan
Saratli to był ostatni punkt z naszego programu. Intensywność tych dwóch dni wreszcie dała o sobie znać, więc bez najmniejszego skrępowania ułożyłam się wygodnie na siedzeniu w autokarze i usnęłam. Nim się obejrzałam znów przemierzaliśmy góry Taurus, a mój hotel był coraz bliżej i bliżej. Kapadocka przygoda, mimo nieudanego lotu balonem, na długo zapisze się w mojej pamięci, a gdy wspomnienia wyblakną, liczne zdjęcia chętnie mi o niej przypomną.

Pozostałe wpisy dotyczące Turcji
Informacje ogólne
Side i Manavgat

2 komentarze: